O tym, że
Google wzięło rynek telekomunikacyjny na celownik, wiadomo od dawna. E-gigant, choć na razie wędruje od drzwi do drzwi operatorów, a ci często odprawiają go z kwitkiem, doskonale wie, że gra jest warta zachodu - analitycy Yankee Group oszacowali, że w 2006 r. na e-reklamy na komórkach firmy wydały ok. 60 mln dol. (nie są tu uwzględniane reklamy tekstowe czy wideo wysyłane przez operatorów). Wedle prognoz Yankee w tym roku ta kwota wzrośnie aż czterokrotnie - do 275 mln dol. Ale prawdziwy boom dopiero nadchodzi - w 2010 r. rynek mobilnej reklamy ma być wart 2,2 mld dol.
A to już pieniądze, po które warto się schylić, nawet jeśli co kwartał z reklam wyświetlanych użytkownikom komputerów Google na czysto ma około miliarda dolarów.
Tym bardziej że Google i tak musi inwestować w nowe segmenty - dziś pieniądze płyną doń szerokim strumieniem, ale praktycznie z jednego źródła. Co oznacza, że utrzymanie wysokiej dynamiki przychodów, do której spółka zdążyła już przyzwyczaić inwestorów, będzie graniczyło z cudem. Gdy w ostatnim kwartale zysk netto wzrósł "zaledwie" o 28 proc., papiery spółki błyskawicznie straciły kilka procent na wartości.
Google żąda za dużo? Z usług giganta można oczywiście korzystać na komórkach już dziś - u niektórych operatorów klient, kupując telefon, ma od razu zainstalowaną np. wyszukiwarkę Google czy Google Maps, aplikację z mapami. Jest też mobilna wersja skrzynki pocztowej
Gmail i serwisu YouTube. Ale w porównaniu z "komputerowym" internetem, gdzie Google ma już ugruntowaną pozycję, w komórkach musi ją dopiero mozolnie wypracowywać.
Z różnym skutkiem. W Europie spółka ma umowy z Vodafone czy T-Mobile, które klientom nastawionym na częste korzystanie z internetu w komórce w okienku powitalnym na ekranie telefonu serwują wyszukiwarkę Google. Podobne umowy spółka podpisała w Azji z China Mobile czy japońskim operatorem KDDI.
Ale w Stanach większą przychylnością operatorzy darzą Yahoo! Według nieoficjalnych informacji Google negocjowało w wakacje z dwoma największymi operatorami komórkowymi w USA - AT&T oraz Verizon Wireless. Bezskutecznie. Szef Verizon Wireless przyznał nawet w jednym z wywiadów, że nie zdecydował się na wpuszczenie wyszukiwarki Google do swoich telefonów, bo spółka zażądała zbyt dużych udziałów w przychodach z reklam.
Przykład Verizon dobrze ilustruje zgryz, jaki operatorzy mają z e-gigantem. Z jednej strony marka Google i popularność serwisów mogłaby zachęcić klientów do wykupywania pakietów związanych nie z usługami głosowymi, ale z transmisją danych (zwłaszcza że przychody z usług głosowych kurczą się z roku na rok). Z drugiej strony operatorzy obawiają się, że może im się wymknąć kontrola nad rynkiem mobilnych reklam.
W tej sytuacji największym sukcesem Google na rynku amerykańskim jest umowa z operatorem Sprint Nextel, który buduje nową sieć opartą na technologii WiMAX (umożliwia szybszą transmisję danych niż obecnie). Do końca 2008 r. w jej zasięgu ma się znaleźć 100 mln osób. Google ze Sprintem dogadał się tak, że urządzenia sprzedawane przez operatora będą wyposażone w możliwie jak najbogatszy zestaw mobilnych aplikacji e-giganta. Co więcej, Sprint chce je połączyć z nawigacją
GPS, tak by np. użytkownicy mogli wykorzystać Google do wyszukania najbliższej pizzerii bez wpisywania adresu czy dzielnicy, w której się obecnie znajdują.
Gdzie zadzwoni Google Ale - jak napisał dziennik "The Wall Street Journal", powołując się na nieoficjalne informacje - Google mierzy znacznie wyżej. Spółka na projekt związany z wejściem na rynek telekomunikacyjny wydała już "setki milionów dolarów" i prawdopodobnie nie jest to jej ostatnie słowo.
Strategia jest dwutorowa - po pierwsze, nakłonić operatorów i producentów do tego, by sprzedawali telefony przyjazne Google, czyli takie, które będą w pełni wykorzystywały możliwości różnych aplikacji spółki (Google szykuje właśnie dokumentację techniczną, która ma być wskazówką dla producentów, jak mają wyglądać takie telefony). Według branżowych pogłosek Google zlecił też tajwańskiej spółce High Tech Computer stworzenie takiego telefonu opartego na systemie operacyjnym Linux. Pierwsze modele miałyby trafić na rynek na początku przyszłego roku. W USA ma je sprzedawać T-Mobile, w innych krajach -
Orange.
Druga noga, na której opiera się plan Google, to wymyślone przez koncern telefony - pierwsze prototypy spółka pokazywała już m.in. operatorom. Jak pisze "The Wall Street Journal" osoby, które widziały prototypy, twierdzą, że nie są one tak rewolucyjne jak iPhone (za to obsługują i Wi-Fi, i sieć 3G, mają też wbudowany moduł GPS). Jeden z prototypów przypomina ponoć płaską Nokię z wysuwaną klawiaturą. Inny kształtem zbliżony jest do Treo czy BlackBerry.
Nie wiadomo, kto mógłby produkować takie telefony dla Google, choć osoby zaznajomione z projektem twierdzą, że jedną z firm, z którą koncern już rozmawiał, jest
LG.
Google wchodzi do aukcji O tym, że Google serio traktuje rynek telekomunikacyjny, może świadczyć apetyt e-giganta na częstotliwości, które zostaną wkrótce zwolnione przez nadawców telewizyjnych (przechodzą na nadawanie cyfrowe). Amerykańska Federalna Komisja Łączności (FCC) postanowiła przeznaczyć pasmo na rozwój rynku komórkowego i na początku przyszłego roku zacznie przyjmować oferty od zainteresowanych.
Eric Schmidt, szef Google, zapowiedział już, że spółka jest gotowa wyłożyć przynajmniej 4,6 mld dol. za licencję (to minimum, jakiego oczekuje FCC), ale pod pewnymi warunkami: m.in. chodziło o to, by klienci mogli korzystać z nowej sieci na dowolnym urządzeniu, instalować na telefonach dowolne programy i by zwycięzca aukcji musiał oferować też innym podmiotom hurtową sprzedaż pasma. Komisja nie uległa jednak do końca naciskom Google i ostatni warunek odrzuciła. Na razie nie wiadomo, czy w takiej sytuacji spółka przystąpi do walki o częstotliwości.
Trudno jednak przypuszczać, by Google, nawet gdyby aukcję wygrało, z dnia na dzień mogło stać się rywalem Verizon czy AT&T. Inwestycja w infrastrukturę byłaby, po pierwsze, kosztowna, a po drugie, na jej efekty trzeba by długo czekać. Dlatego bardziej prawdopodobny jest wariant współpracy Google z którymś z drugoligowych operatorów w USA.
Jedno jest pewne: amerykańscy klienci powinni trzymać kciuki za Google. Według nieoficjalnych informacji Google ma bowiem w głowie wizję, w której za usługę telefoniczną nie płacimy ani abonamentu, ani za wygadane minuty. Operator też nie straci, bo cały interes miałby być finansowany - w dodatku z nawiązką - z reklam, czyli na tych samych zasadach, na jakich dziś swoją wyszukiwarkę udostępnia Google.