Odwiedziłem ostatnio bazę patrolową w północnej prowincji Bamiyan. Do obsadzonego przez wspólny kontyngent USA i Nowej Zelandii posterunku dotarliśmy po wielu godzinach jazdy. Żołnierze mieszkają tam w niewielkim ceglanym domu i nie mają dostępu do wielu udogodnień, które zwykle znajdują się w większych bazach - nie ma tu łączności telefonicznej z domem, kawiarenki internetowej czy pokoju gier. Jedyne rozrywki to stół do ping-ponga, improwizowana siłownia i projektor, na którym wieczorami wyświetlane są filmy z DVD.
Kapral Max Nellis, jeden ze stacjonujących tam żandarmów, mówi, że dla niego praca na takim odludziu to żaden problem. "Jest świetnie - nie ma Internetu, nie ma telefonów, tylko raz w tygodniu mogę skontaktować się żoną. To żaden sarkazm - w ten sposób jest mi znacznie łatwiej skupić się na mojej pracy" - mówi.
Zadaniem żandarmów jest głównie asystowanie i trenowania lokalnej, afgańskiej policji. To ważna misja -
stworzenie lokalnych sił porządkowych jest jednym z ważniejszych elementów amerykańskiego planu ustabilizowania Afganistanu. Generał Stanley McChrystal, główny dowódca amerykańskich sił w Afganistanie,
podkreśla, że jego celem jest zwyciężenie poprzez zdobycie poparcia ludności, a nie wybicie wszystkich rebeliantów. A do tego niezbędne jest opuszczenie wielkich baz i udanie się we wszystkie zakątki kraju. Z tym wiąże się pozbawienie żołnierzy wielu znanych z wielkich baz "luksusów" - m.in. stałej łączności z krajem. Dla wielu żołnierzy, takich jak kapral Nellis, oznacza to prawdziwie przeniesienie się do Afganistanu - a nie tylko sporadyczne bywanie w nim
USA skorzystają z eksperymentalnej tarczy antyrakietowej? Czytaj więcej na
technologie.gazeta.pl