Podczas rozmowy z dziennikarzami na konferencji prasowej, generał Kevin Chilton, kierujący U.S. Strategic Command, oświadczył, że prezydent dopuszcza możliwość odpowiedzi zbrojnej na poważny cyberatak na amerykańskie systemy informatyczne. Elaine Grossman z Global Security Newswire
przytacza jego słowa: "Sądzę, że nie powinniśmy odrzucać żadnego sposobu zareagowania na taki atak. Dlaczego mamy ograniczać swoje możliwości reagowania?" - mówił Chilton.
"Taka zasada obowiązuje w przypadku każdego ataku na Stany Zjednocznone - nie widzę powodu, by cyberataki były traktowane inaczej. Dlaczego mielibyśmy ograniczać prezydentowi wybór odpowiednich działań? Nie możemy - to jego decyzja" - dodał generał.
Dodajmy, że w ubiegłym miesiącu w podobnym tonie wypowiadał się w New York Times anonimowy
wysoko postawiony urzędnik Pentagonu.
Gwoli sprawiedliwości trzeba odnotować, że w katalog działań "odstraszających" U.S. Strategic Command jest bardzo szeroki - mamy tu cały wachlarz ewentualnych działań, od "operacji informacyjnych", po atak termonuklearny. Pewien przedstawiciel dowództwa powiedział zresztą swego czasu, że ich wizja odstraszania nie polega już na "paleniu budynków".
W tej sytuacji pojawia się pytanie, jakimi środkami (i strukturami) powinny dysponować USA, by skutecznie chronić swoją cyberprzestrzeń. Richard Clarke, były szef zespołu ds. działań antyterrorystycznych amerykańskiego rządu, twierdzi, że w Białym Domu powinien pojawić się pracownik nadzorujący wszystkie działania związane z ochroną cyberprzestrzeni. Ale Clarke uchyla się od odpowiedzi na pytanie, jakie dokładnie środki powinno się zastosować - odpowiada jedynie:
"Ściśle tajne". Warto wspomnieć, że zdaniem Clarke'a
"atak na amerykańską cyberprzestrzeń jest atakiem na Amerykę - i powinno się na niego odpowiedzieć zbrojnie.
"Oni nazywają to "zaplanowaną wieloznacznością" - ale to po prostu głupota" - powiedział mój redakcyjny kolega,
Jeffrey Lewis, w rozmowie z Newswire.
Inny mój współpracownik - Michael Tanji - ma wieloletnie doświadczenie w środowisku wywiadowczym i wie co nieco o tym ściśle tajnym świecie. Tanji bardzo sceptycznie podchodzi do kwestii "cyberodstraszania".
Napisał niedawno, że sam pomysł nie jest może zły, problem w tym, że stworzenie skutecznych metod tropienia pochodzenia i autorów cyberataków jest twardym orzechem do zgryzienia, którego... nikt do tej pory nie zdołał rozgryźć:
"Tradycyjne metody odstraszania nie działają w cyberświecie. Nie ma licznika Geigera do wykrywania złośliwego kodu. Nie ma możliwości wysłania inspektorów do "narodowego centrum tworzenia pokojowego oprogramowania" by sprawdzić, czy nie powstaje tam złośliwy kod. Znaczna część z najpotężniejszych i
najskuteczniejszych "broni" tego typu nie została stworzona przez instytucje państwowe. Czy zamierzamy traktować każdego absolwenta informatyki jak potencjalnego A.Q.Khana [szefa pakistańskiego programu atomowego - red]? Bo wygląda na to, że zmierzamy właśnie w tym kierunku..."
Śledź ten temat na bieżąco