Przed sierpniem 2008 r. Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) musiała za każdym razem pytać władze w Islamabadzie o pozwolenie na każdy taki atak. Uzyskanie zgody zwykle trwało "dzień lub nawet dłużej - co czasami sprawiało, że agencja traciła z oczu cele" -
informuje L.A. Times. Ale gdy w sierpniu do rezygnacji ze stanowiska zmuszony został prezydent Pervez Musharraf (sojusznik administracji Busha), prezydent Bush szybko zatwierdził "nowe przepisy, w myśl których agencja nie musi już uzyskiwać każdorazowej zgody pakistańskich władz - teraz CIA może strzelać od razu".
"Od początku mieliśmy wszelkie niezbędne informacje. W końcu mogliśmy zdjąć rękawiczki..." - powiedział w rozmowie z dziennikarzem gazety były pracownik CIA.
"Efekt był natychmiastowy. Dwa ataki Predatorów nastąpiły 31 sierpnia, zaś trzy kolejne - w ciągu następnego tygodnia" - odnotowuje Times. Od tego czasu było kilkadziesiąt kolejnych ataków.
Taka taktyka okazuje się skuteczna - ukrywający się w Pakistanie liderzy Al Kaidy zostali rozbici i zmuszeni do stałego przemieszania się. Ale Craig Mullaney (który,
wedle plotek, może wkrótce objąć stanowisko Deputy Assistant Secretary of Defense for Central Asia) zastanawia się, czy
cała ta operacja miała sens: "Oczywiście, możliwość zaatakowania ze znacznej odległości przywódców organizacji terrorystycznych jest ogromnym atutem. Ale czasami trzeba spojrzeć na problem z szerszej perspektywy i pomyśleć strategicznie. Jaki te działania miały wpływ na rekrutowanie nowych terrorystów w Pakistanie i Afganistanie? Jak wpłynęły na kondycję Al Kaidy? Na szali mamy tu polityczną stabilność Pakistanu i zalety antyterrorystycznych działań militarnych. Nie mam pewności, co jest lepszym wyborem...".
Warto dodać, że w miniony weekend nowy szef CIA - Leon Panetta - odbył swoja
pierwszą podróż zagraniczną. Odwiedził południową Azję (m.in. Pakistan) - przedstawiciele agencji nie mówią, jaki był cel tej wizyty. Ale możemy to sobie wyobrazić...
Śledź temat na bieżąco na
technologie.gazeta.pl