Na lotnisku Sussman została zabrana na przesłuchanie - w tym czasie urzędnicy przeglądali też jej
dziennik i sprawdzali zdjęcia w aparacie cyfrowym (mamy sugestię: w czasie wizyty w Izraelu raczej nie fotografujcie graffiti przedstawiającego gwiazdę Davida ze słowem "fuck"). Później na pewien czas zostawioną ją samą... W pewnym momencie Amerykanka usłyszała komunikat ogłoszony w głównym terminalu - coś w stylu "Prosimy się nie przejmować strzałami, które padną za chwilę. Ochrona musi wysadzić podejrzany pakunek znaleziony w bagażu jednego z pasażerów".
Później okazało się, że nikt niczego nie wysadził - zamiast tego do MacBooka Amerykanki oddano trzy strzały. Później ochroniarze po prostu... oddali jej dziurawy komputer i pożegnali się. Co ciekawe, wcześniej nikt nawet nie pytał kobiety o hasło.
Mimo poważnych uszkodzeń wszystkie dane ocalały - dysk nie został trafiony i dane dało się odzyskać.
Komputer się też nie rozpadł - po prostu ma teraz trzy spore przestrzeliny. Gdyby jakimś cudem działał (bo nie działa), to były najlepiej zmoddowany MacBook na świecie...
Jaki jest morał z tej opowieści? Cóż - róbcie zawsze kopie zapasowe danych z komputera. Nigdy nie wiadomo kto i kiedy zechce go ostrzelać.
Blog Lily Sussman.
Czytaj więcej na
technologie.gazeta.pl