Punktem kulminacyjnym sporu stało się
pismo wystosowane przez adwokatów NPG do wikipedysty Derricka Coetze. Autorzy listu grożą administratorowi Wikipedii sankcjami prawnymi, jeśli do 20 lipca
nie usunie on z archiwum wszystkich grafik. Ich zdaniem Amerykanin, obchodząc zabezpieczenia przed kopiowaniem, naruszył regulamin portalu. Ponadto zgodnie z brytyjskim ustawodawstwem NPG jest prawnym właścicielem
grafik. I choć prawa autorskie do mających setki lat oryginałów bezsprzecznie utraciły ważność, to galeria rości sobie prawo do reprodukcji obrazów. Ponadto istnieją angielskie przepisy o ochronie baz danych specjalizujących się w zbiorach malarskich.
Galeria wskazuje na wysokie koszty digitalizacji obrazów. Na przygotowanie ich cyfrowych kopii instytucja ta wydała do tej pory milion funtów (1,16 miliona euro) i stara się odzyskać te pieniądze głównie z wpływów licencyjnych. Przykładowo, zezwolenie na publikację wybranego portretu na stronie wydawnictwa prasowego kosztuje 100 funtów, a na firmowej witrynie nawet 400 funtów. Niestety, interes idzie jak po grudzie - w poprzednich pięciu latach
roczne wpływy oscylowały w granicach 10-19 tysięcy funtów.
Galeria uzyskała już poparcie stowarzyszenia
British Association of Picture Libraries and Agencies. Jego prezes Simon Cliffe
oświadczył w wywiadzie dla "British Journal of Photography", że opinia przedstawicieli Wikipedii, jakoby reprodukcje nie stanowiły podstawy do uznania praw autorskich,
kłóci się z brytyjskim prawem. "Reprodukowanie oryginalnych dzieł dla celów komercyjnych wymaga odpowiednich zdolności, a ponadto wiąże się z koniecznością przeprowadzania ekspertyz i sporymi nakładami finansowymi. Jeśli nie będziemy chronić tego typu inwestycji, nikt więcej nie zdecyduje się na digitalizację własnych zbiorów. W efekcie wszyscy będą stratni" - uważa Cliffe.
Wikimedia jest jednak odmiennego zdania. Oficjalne stanowisko w tej sprawie zajął rzecznik fundacji Jay Walsh. Pisze on: "według naszego rozeznania użytkownik działający w ramach pełnionej przez nas misji polegającej na udostępnianiu za pośrednictwem Wikimedia Commons materiałów stanowiących dobro publiczne postępował prawidłowo i przestrzegał stosownych przepisów. Fundacja nie może jednak brać odpowiedzialności za pojedyncze akcje wikipedystów".
Wicedyrektor fundacji Erik Möller wspomina na łamach
bloga Wikimedii o udanej współpracy z innymi instytucjami jak choćby niemieckie Archiwum Federalne, które w ubiegłym roku upubliczniło na wolnej licencji ponad 170 tysięcy zdigitalizowanych obrazów związanych z historią Niemiec. Pod hasłem "
Wikipedia Loves Art" twórcy encyklopedii kooperują z wieloma tego typu instytucjami: "zyskuje na tym każdy - muzea i galerie zdobywają szerszą widownię, a ludzie z całego świata mają możliwość podziwiania prac, których mogliby nigdy nie zobaczyć". Ponadto wolontariusze projektu Wikimedia Commons pracują przy renowacji dzieł, aby móc je potem pokazać publiczności w pełnej krasie.
Möller krytykuje galerie, które udostępniając swe dzieła w Sieci, opatrują je zabezpieczeniami przed kopiowaniem: "jeśli chęć zysku każe danej instytucji ograniczyć dostęp do dóbr kultury zamiast zapewnić doń każdemu swobodny dostęp, to w naszym mniemaniu jest to działanie sprzeczne z pełnioną przez tę instytucję misją oświatową. Ciężko znaleźć przekonujący argument, który przemawiałby za odbieraniem dostępu do treści stanowiących dobro publiczne wolnej i niekomercyjnej encyklopedii służącej interesowi ogółu".
Czytaj więcej na
Heise Online Czytaj więcej na
technologie.gazeta.pl