Wrażenia z korzystania z Google Buzz spisywaliśmy na gorąco - z góry przepraszamy za drobne pomyłki, które na pewno się w tekście znajdą. Korzystaliśmy z dwóch komputerów stacjonarnych, w testach pomagały nam także telefony iPhone i Nexus One oraz
Nokia E51.
Nazwa Buzz, buzz, buzz - cały internet dzisiaj buzuje. Według serwisu Alexa Google Buzz to dzisiaj najpopularniejszy temat na świecie. Jednak nam nazwa się nie podoba. Dlaczego? Powód jest prozaiczny - to
należący do Yahoo serwis... Buzz. W tym akurat przypadku Google nie wykazał się dużą kreatywnością (zaskoczenie), osobom zarządzającym wielkim G nie można jednak odmówić agresywności w działaniu (tu już zaskoczenia nie ma). Kto dzisiaj mówiąc "Buzz" będzie myśleć "Yahoo"? No właśnie.
Reklama Pierwsza rzecz, którą zapamiętaliśmy testując nową usługę Google? Reklama. Buzz
bardzo nachalnie się reklamuje, co jak na Google jest strategią dotąd rzadko spotykaną. Filozofia "nie przeszkadzania użytkownikowi" oraz polityka ograniczania agresywnych działań komercyjnych jest już co prawda od dawna w odwrocie (Google mocno wchodzi na rynek reklam typu display, a także reklamuje przeglądarkę Chrome za pomocą tradycyjnych mediów), to jednak do tej pory nie widzieliśmy produktu tej firmy, który witałby użytkownika tak dużą reklamą przed zalogowaniem się do poczty. Zaskakujące. Ale także bardzo skuteczne, ponieważ od razu przenosi nas w wir aktywności.
Przepraszam, czy to jest poczta? Wir aktywności w skrzynce pocztowej. Tak, ponieważ obecnie Google Buzz to po prostu kolejna zakładka w GMailu. Po kliknięciu w nią wyświetlana jest lista kontaktów pocztowych posiadających już dostęp do Buzza, a zaraz potem pojawia się pytanie czy i z kim chcę się kontaktować. To bardzo zgrabne i "oczywiste" wdrożenie nowej usługi, nie wymagające od użytkownika żadnej refleksji (poza ewentualnym "co oni mi tutaj na poczcie psują?"). Jest także zgodne z logiką poprzednich implementacji narzędzi Google (czat, profile, dokumenty). W ten sposób Google zapewnia sobie na starcie pokaźną grupę ludzi - w teorii będzie to każdy użytkownik poczty.
Jest jednak i druga, ciemniejsza strona medalu - usługi wdrażane siłowo do cenionego za skromność ekosystemu mogą zostać przez użytkowników odrzucone. W niewielkim zakresie spotkało to usługę Google Talk, na działanie której wiele osób narzekało ("nie chcę czatować z osobami z mojej skrzynki pocztowej, to nie są moi znajomi"). Z podobnym problemem borykała się Nasza-Klasa wprowadzając dosyć topornie na rynek swojego Śledzika.
Ważna uwaga - Buzz zupełnie inaczej wygląda na komórkach. Nie jest on częścią poczty, ale samodzielnym bytem. Dostać się do niego można na kilka różnych sposobów (aplikacja, skrót z mobilnej strony Google.com, czy bezpośrednio z witryny buzz.google.com). Można się tylko domyślać, że podobnie będzie już wkrótce na stronie głównej Google z poziomu komputera. Komunikat jest jednak jasny - Buzz to przede wszystkim usługa mobilna.
Kluczowe funkcjonalności Buzz reklamuje się sloganem: "Share updates, photos, videos, and more. Start conversations about the things you find interesting." Przekładając na język praktyki - to próba odtworzenia najbardziej podstawowych funkcjonalności z Twittera i Facebooka. Buzz jest prosty, bardzo oszczędny i bardzo szybki. To znak firmowy Google.
Na co pozwala nam Google Buzz? Tradycyjnie - publikowanie linków, zdjęć, opisów, filmów, komentowanie i wyrażanie opinii o wpisach (przycisk "like").
I tak możemy wkleić linka np. do artykułu, gdzie pojawi się nie tylko odnośnik, lecz również nagłówek i wybrane zdjęcia. Przy publikowaniu samych zdjęć (z dysku czy z Sieci) jest jednak ograniczenie ilości - nie można opublikować ich więcej niż 4; natomiast samo wrzucanie zdjęć następuje błyskawicznie. Filmy otwierają się bezpośrednio w oknie Google Buzz; a przynajmniej większość filmów - ma to miejsce oczywiście w przypadku
YouTube, czy Vimeo, za to filmy z Dailymotion i pozostałych serwisów pojawiają się jedynie w postaci linków. Komentarze zlewają się w jedno - niestety nie szeregują się w postaci czytelnego drzewka, lecz zbitej masy. Tak, jak na Facebooku, można oznaczyć wpis jako "Like", brak jednak możliwości wyrażenia dezaprobaty (Dislike). Odnoszenie się bezpośrednio do danej osoby następuje tak jak w Twitterze - @(imię osoby), a Google w trakcie pisania podpowiada wybrane możliwości na podstawie kontaktów z Gmaila.
Nie ma ograniczenia znaków, tak jak ma to miejsce na Twitterze. To wielki plus. Przeglądarka zdjęć, podobna do Picasy zajmuje jednak praktycznie cały ekran, nawet jeśli oglądane zdjęcie ma małe rozmiary. Ogólne wrażenie jest pozytywne, jesteśmy zaintrygowani. Czy Buzz jest równie szybki i elegancki jak Facebook? Tak. Działa bez przeładowania strony, komentarze pojawiają się w czasie rzeczywistym (jak w Google Wave), z jednego miejsca mamy dostęp zarówno do poczty, znajomych, jak i najnowszych wiadomości (Google Reader). Wszystko jest wygodne, przemyślane, takie jak być powinno.
Jest jednak i łyżka dziegciu w tej beczce miodu.
Jeśli Buzz ma konkurować z Facebookiem i tworzyć sieć społeczną - to jak znaleźć w niej ludzi? Bo przecież konta pocztowego używamy nie tylko do korespondencji, ale także do załatwiania spraw służbowych, rejestrowania się w serwisach internetowych, do komunikowania się z różnego rodzaju instytucjami. Założenie, że najważniejsze są dla mnie osoby z którymi najczęściej koresponduję naszym zdaniem jest błędne - równie dobrze mogą to być współpracownicy lub biuro obsługi. Nie dość tego, wśród naszych kontaktów będą osoby, których nie znamy i znać nie chcemy, np. sprzedawcy
Allegro, z którymi kontaktowaliśmy się w sprawie nieudanej transakcji pół roku temu. Stanowczo nie chcemy z nimi buzzować.
Pełna integracja? Prawie Nowe wpisy naszych znajomych czy odpowiedzi na nasze działania pokazują się jako kolejny e-mail. Buzz połączony jest od razu z innymi aplikacjami Google - i tak w naszym profilu widać zakładkę Buzz, podana jest także informacja kto nas śledzi. To samo w Google Reader - widzimy czytniki RSS osób, które postanowiliśmy obserwować.
Nie wszystko jednak jest w pełni połączone. Nie zauważyliśmy możliwości dodania do Buzz lokalizacji z poziomu map Google. Wklejenie linka z adresem lokalizacji także nie wyświetliło mapy. To dziwne, ponieważ Buzz wyświetla poprawnie mapę geolokalizując wpisy użytkowników dodane za pomocą urządzeń mobilnych. Być może wina leży po naszej stronie i po prostu źle posługujemy się tym narzędziem - przeciętny użytkownik skwituje tę sytuację słowami "nie działa". Buzza nie zauważyliśmy także w Kalendarzu i Dokumentach, ale pojawienie się tej opcji to tylko kwestia czasu - przydatność takiej integracji nie podlega wątpliwości.
Dziwna sytuacja jest z YouTubem, jednym z flagowych okrętów Google. Z poziomu Buzza podłączenie naszego konta z
YT jest banalnie proste. Nigdzie jednak nie znaleźliśmy samego Buzza na Youtubie - a przecież możemy podzielić się naszym
wideo za pomocą Twittera, Facebooka czy nawet Fotki. Niedopatrzenie czy celowa strategia?