Serwis powołuje się na anonimowych informatorów, zaangażowanych w śledztwo prowadzone na zlecenie
Google - zastrzega jednak, że teoria zakładająca udział pracowników jest tylko jedną z wielu rozważanych.
CNet.com zwraca jednak uwagę na kilka istotnych faktów - m.in. to, że zaraz po ataku większość pracowników chińskiego oddziału Google'a została wysłana na przymusowe urlopy lub przynajmniej tymczasowo odcięta od firmowej sieci. Dzięki temu w tamtejszym oddziale będzie można przeprowadzić szczegółowe analizy zabezpieczeń, które powinny wykazać, czy któraś z zatrudnionych tam osób mogła ułatwić włamywaczom dostanie się do infrastruktury Google.
Przedstawiciele Google wciąż wydają się pewni, że za ataki odpowiedzialni są Chińczycy (w domyśle: chiński rząd) - według nich dowodem jest m.in. fakt, iż podczas włamań próbowano uzyskać dostęp do kont pocztowych Gmail tamtejszych działaczy opozycyjnych oraz zachodnich dziennikarzy działających w Państwie Środka. Ale 100-procentowych dowodów potwierdzających tę tezę wciąż nie ma.
Od kilku dni wiadomo już, że podczas ataków (których celem był nie tylko Google, ale również co najmniej 20 innych amerykańskich firm) przestępcy wykorzystali nieznane wcześniej luki w zabezpieczeniach przeglądarki
Internet Explorer Microsoftu. Błędy te wciąż nie zostały załatane - dlatego też już w ubiegłym tygodniu niemiecka agencja odpowiedzialna za bezpieczeństwo informatyczne wydała
oficjalne zalecenie dla użytkowników, by zrezygnowali z korzystania z IE (w wersjach 6, 7 i 8). Dodajmy, że wczoraj identyczną poradę
opublikował francuski zespół CERTA.
O grudniowych atakach na amerykańskie firmy pisaliśmy już wcześniej w tekstach:
"Chińska robota" w Google - takiego ataku jeszcze nie było? Atak na Google - włamywacze wykorzystali też lukę w IE Google zmienia strategię i grozi opuszczeniem Chin Czytaj więcej na
technologie.gazeta.pl