Trywialnym, aczkolwiek prawdziwym jest stwierdzenie, że popyt napędza podaż. W tym wypadku osoby reprezentujące popyt można podzielić na dwie grupy - prywatne, oraz firmy. Osoby "prywatne", które może przyciągnąć taka oferta trzeba uznać albo za niespełnione medialnie, albo za bardzo samotne. Firmy natomiast mają szerokie pole do popisu...
'Sprzedaliśmy już 7 milionów fanów na Facebooku' Jedna ze stron, która proponuje tego typu usługi to
Viralee. Fanów można zakupić w paczkach - w zależności od potrzeb. Najmniejszy pakiet to 1 000 dodatkowych osób na naszej liście (cena - ok. 500 zł, płatności można dokonać nawet złotówkami); największy - okrągły milion, który może zasilić naszą społeczność (i jednocześnie uszczuplić konto bankowe o mniej więcej 280 tys. zł). Fani to jedno - można sprzedawać całe zrzeszające ich strony (
f.anpag.es, na sprzedaż jest między innymi "RIP Michael Jackson"), lub wartościowe adresy URL (przykład:
http://www.facebook.com/thebroncos). Nabyć można także osoby, które będą "podążać" za nami
na Twitterze. Pakiet 100 osób wyceniono na ok. 250 zł, za 100 tys. dodatkowych widzów zapłacimy prawie 10 tys. złotych. Nasz klient, nasz pan - można więc zadecydować, jaka konkretna grupa ludzi nas interesuje (np. w konkretnym przedziale wiekowym, z danego miejsca). Na różnych serwisach ceny kształtują się właściwie podobnie. Tego typu usługi oferuje bowiem również
uSocial, czy
Subvert and Profit.
Przyjaźń to nie wszystko Kupić można także kliknięcia. Na międzynarodowym Wykopie, czyli Digg, na YouTube i innych stronach. Każdy klik jest święty, jak nie śpiewał Monty Python. Każde kliknięcie myszą zwiększa wartość produktu. Każde kliknięcie myszą zwiększa wartość marki. I samej firmy. W naszym polskim Internecie również z łatwością znaleźć można ogłoszenia o treści mniej więcej "Zlecę stworzenie 500 kont na wykop.pl z tym samym hasłem". Jeśli taka działalność się rozpowszechni, to ruch na Wykopach, Diggach, itp. przestanie być wyznacznikiem istotności czy popularności danego zagadnienia.
Fani na zamówienie - jak to działa? "Facebook jest niezwykle przydatnym narzędziem marketingowym" oświadczył Leon Hill, dyrektor generalny uSocial, co przytacza serwis
Wired. Gdy ma się do dyspozycji dużą grupę znajomych (najlepiej sprofilowanych) można promować cokolwiek się chce. "Jedyny problem to osiągnięcie sporej liczby znajomych - i tu pojawiamy się my" powiedział Hill. Pozyskiwanie użytkowników jest z kolei czynnością banalną - nie wiąże się z włamaniami na konto czy kradzieżami haseł. "Wysyłamy im wiadomość lub zaproszenie do znajomych od klienta. Jeśli zdecydują się przyłączyć do grupy fanów lub znajomych, to znakomicie. Jeśli nie - ich wybór" tłumaczył przedstawiciel uSocial.
Mamy już fanów - co dalej? "Dajcie mi siedmioletniego chłopca, a będzie mój na zawsze" powiedzieć miał założyciel zakonu jezuitów, Ignacy Loyola. "Dajcie mi rzeszę fanów, a wypromuję wszystko" - tak wygląda współczesna parafraza tego zdania. Właśnie dzięki portalom społecznościowym dużą popularność zyskał film
Paranormal Activity. Za sprawą wpisów na Twitterze niewielką oglądalnością cieszył się swego czasu Bruno (o samym mechanizmie pisaliśmy więcej w tekście
Efekt Twittera). Jest to przejaw tzw. e-marketingu, do tego w najbardziej "nowoczesnej" odsłonie. Badania dowodzą bowiem, że tradycyjne metody promowania produktów stały się mniej skuteczne - uodporniliśmy się na przekaz reklamowy, który atakuje nas z każdej strony. Firmy zaczynają na nowo odkrywać więc potęgę poczty pantoflowej - właśnie za pośrednictwem portali społecznościowych.
W Polsce - jakość, nie ilość Jednak polskie firmy zajmujące się e-marketingiem nie są zainteresowane wprowadzaniem tego typu usług także u nas. Przedstawiciele jednej z nich mówili nam, że to raczej jakość jest istotna - nie ilość znajomych. "Mała liczba fanów zdobytych organicznie procentuje", usłyszeliśmy. "Doświadczenie prowadzenia kampanii wskazuje na to, że fani zdobyci w tradycyjny sposób stawać się mogą trendsetterami, oddanymi danej marce". Tak wygląda wersja oficjalna. Mniej oficjalnie zakładanie grup fanów rozprzestrzenia się na potęgę. Nawet, jeśli są oni gromadzeni "organicznie", to cel jest ten sam - promocja. Ciekawe, kiedy znajdę pierwsze ogłoszenie "Zapłacę za śledzenie mnie na Śledziku"?
50 groszy, czyli użytkownik Sprzedawanie fanów na pakiety może faktycznie przynosić zyski dla marki. Ale mnie gnębi kwestia dopuszczalności takich praktyk. Prawo nie jest łamane, więc litera prawa tutaj na nic. Ja jednak uważam, że działalność taka wykroczyła poza granice "kontrowersyjności" i jest po prostu nieetyczna. Wszystko odbywa się poza użytkownikiem, który staje się tylko kolejną cyfrą w "liczbie fanów". Nieodparcie na myśl nasuwa mi się kantowski imperatyw praktyczny, wedle którego człowieczeństwa używać należy zawsze jako celu, nigdy jako środka. Z szybkich wyliczeń wynika, że jeden nowy przyjaciel ma wartość ok. 50 gr. Doprawdy?
Czytaj więcej na
technologie.gazeta.pl