Technologie.gazeta.pl

Nabywca The Pirate Bay w opałach

Joanna Sosnowska
10.09.2009 13:48
A A A Drukuj
The Pirate Bay fot. The Pirate Bay
Szwedzka giełda pod koniec sierpnia wstrzymała handel akcjami Global Gaming Factory - spółki, która miała przejąć The Pirate Bay za niebagatelne 7,7 miliona dolarów. Teraz okazuje się, że śledztwo wszczęte przez giełdę podaje jeszcze więcej niekorzystnych dla GGF faktów.
AktieTorget - szwedzka giełda papierów wartościowych twierdzi, że specjalna grupa wykryła, iż Global Gaming Factory "dostarczała fałszywych informacji", wykazała się "brakiem odpowiedzialności" oraz "poważnie pogwałciła" zasady jasności transakcji. Co więcej, od wczoraj akcje spółki zostały wykluczone z obrotu na giełdzie.

Grupa dochodzeniowa

Zorganizowana przez AktieTorget specjalna grupa dochodzeniowa opublikowała raport z którego wynika, że większość wystąpień publicznych przedstawicieli Global Gaming Factory może być niewiarygodnych. Raport podaje też, że GGF nigdy nie dysponowała kwotą niemal 8 milionów dolarów, na ile ustalono ostatecznie cenę Pirackiej Zatoki, a szef spółki nie jest w stanie udowodnić, że otrzymał "duży datek od anonimowego rosyjskiego inwestora". Serwis CNET podaje, że jak na razie śledztwo szwedzkiej giełdy nic konkretnego nie wykazało - wzbudziło jedynie więcej pytań. Własne dochodzenie rozpoczęło też szwedzkie Biuro ds. Przestępstw Gospodarczych. Chce ono wyjaśnić znaczny wzrost cen akcji GGF na tydzień przed tym, jak spółka ogłosiła zakup TPB.

Brnąć w zaparte

Dyrektor generalny, a zarazem główny akcjonariusz Global Gaming Factory - Hans Pandeya - w dalszym ciągu twierdzi, że transakcja dojdzie do skutku. Do tego, winą za niektóre problemy swojej firmy wini właśnie szwedzką giełdę. "AktieTorget trudno będzie się wytłumaczyć - napisał Pandeya do CNET - Ludzie zaczną w końcu zadawać pytania. (...) Nie sądzę, by Peter Gönczi (wiceprezes) był wtedy tak wygadany jak teraz". Prezes spółki dodaje, że doprowadzi do zakupu The Pirate Bay swoimi własnymi środkami, lub zabezpieczy pożyczkę pod zastaw swoich udziałów.

Wyznania byłego pracownika Global Gaming Factory

Problem w tym, że kłopoty finansowe Hansa Pandeya nie są w Szwecji dla nikogo tajemnicą. Jakiś czas temu kraj obiegły zdjęcia jego samochodu, łodzi i motocyklu odholowywanych przez windykatora - szef GGF jest bowiem winien Urzędowi Skarbowemu ponad 100 000 dolarów. A co do jego udziałów własnościowych, to nie wiadomo, czy mają one jeszcze jakąkolwiek wartość, skoro nie znajdują się nigdzie w obrocie.

CNET przytacza wyznania byłego pracownika Global Gaming Factory - Wayne'a Rosso. Był on zatrudniony przez Pandeya do pomocy przy negocjowaniu umów z koncernami muzycznymi i filmowymi. Rosso wyjawił, że szef GGF ciągle obiecywał zapłacić jemu oraz jego podwładnym za wykonane obowiązki, lecz pieniądze jakoś nie dochodziły. "Czek zawsze 'już był wysłany pocztą'" mówi Rosso. Gdy polecieli razem do Londynu na rozmowy z przedstawicielami branży rozrywkowej Pandeya miał pokrywać wszystkie wydatki, lecz jego karta kredytowa cały czas była odrzucana. Amerykański serwis cytuje jedną z wypowiedzi Rosso, rzucającą trochę światła na całą sprawę - "Zapytałem go [Pandeya - red.] kiedyś 'Nie masz tych pieniędzy, prawda?" On odparł 'No cóż.. Mam i nie mam'. 'Co znaczy, że nie masz' odparłem".

Czytaj więcej na technologie.gazeta.pl

Zobacz więcej na temat:

    Podziel się

    • Ocena:

      • słabe
      • nic specjalnego
      • dobre
      • bardzo dobre
      • znakomite

      1 głos

    PYTANIE Czy uważasz, że sprzedaż TPB dojdzie do skutku?

     Tak, to tylko zawiść i bicie piany
     Tak, to tylko garść niepotwierdzonych informacji
     Nie, GGF to bankrut
     Nie mam zdania