Jak już informowaliśmy w zeszłym tygodniu, specjaliści ds. bezpieczeństwa analizujący atak na
Google doszli do przekonania, że przeprowadzono go z dwóch chińskich szkół. Chodzi o Szanghajski Uniwersytet Jiaotong oraz szkołę zawodową w Lanxiang - obie placówki znane są z wysokiego poziomu nauki informatyki, a ta ostatnia ma mieć pewne powiązania z chińską armią.
Adres IP o niczym nie świadczy Teraz przedstawiciele szkół w rozmowie z agencją informacyjną Xinhua kategorycznie zaprzeczają, jakoby ich uczniowie mieli cokolwiek wspólnego z grudniowym atakiem na Google. Rzecznik uniwersytetu podkreślał, że nawet gdyby adresy IP wskazywały na Szanghajski Uniwersytet Jiaotong, to nie oznacza to jeszcze, że do włamania doszło z siedziby uczelni. "Byliśmy zaszokowani i oburzeni słysząc te bezpodstawne zarzuty, które mogą zaszkodzić reputacji uniwersytetu", mówił w rozmowie z agencją. Dodał jednocześnie, że współczesna technologia jest na tyle zaawansowana, że wyciąganie wniosków na podstawie samych jedynie adresów IP nie prowadzi do obiektywnych wniosków.
Od zarzutów dystansuje się także przedstawiciel szkoły zawodowej w Lanxiang - Li Zixiang. Stwierdził on, że dochodzenie w tej sprawie nie wykazało, że ataków dokonano ze szkoły. Zaprzeczył on również wszelkim doniesieniom łączącym nazwę szkoły z chińską armią. New York Times bowiem podawał, sama szkoła została założona ze środków wojskowych, a jej absolwenci dołączają do szeregów ekspertów informatycznych chińskiej armii. W przypadku szkoły z Lanxiang za włamanie mieli odpowiadać uczniowie prowadzeni przez ukraińskiego wykładowcę. Li całkowicie temu zaprzecza - "W szkole nie ma ukraińskiego nauczyciela i nie zatrudniamy żadnych zagranicznych pracowników. Raport [NYT - red.] jest bezpodstawny. Przedstawcie nam dowody".
Stop cenzurze, a życie toczy się dalej Przypomnijmy, że informacje podawane w zeszłym tygodniu przez New York Times pochodziły od specjalistów wojskowych z pewnej firmy, która także padła ofiarą grudniowych ataków.
Po ujawnieniu całej sprawy przez Google 5 tygodni temu, gigant wyszukiwania oświadczył iż jest przekonany, że ataki pochodziły z Chin, ma więc zamiar przestać cenzurować tamtejszą wersję wyszukiwarki, a może wręcz całkowicie wycofać się z rynku Państwa Środka. Teraz, ponad miesiąc później, wyniki wyszukiwania w dalszym ciągu podlegają cenzurze, a Sergey Brin (współzałożyciel Google) na konferencji TED oświadczył, że dalsze pozostanie na rynku wymagać będzie wielu ustaleń, a rozmowy mogą potrwać.
Nawet dwa lata.
Więcej informacji:
Reuters, via
CNet.
Czytaj więcej na
technologie.gazeta.pl