W
oficjalnym blogu Gmail pojawiła się notka, w której Ben Treynor (odpowiedzialny w
Google za funkcjonowanie Gmail) wyjaśnia, jak doszło do całego zamieszania. Okazało się, że problem związany był z serwerami, których zadaniem jest przekazywanie zapytań od użytkowników do odpowiednich serwerów pocztowych. Administratorzy wyłączyli wczoraj niektóre z nich - zamierzali przeprowadzić rutynową kontrolę i modernizację.
Problem w tym, że ktoś źle oszacował spodziewany ruch - serwery, które pozostały aktywne, nie były w stanie obsłużyć wszystkich zapytań i niektóre z nich zaczęły się przeciążać. Wtedy zaczęła się reakcja łańcuchowa - przeciążone serwery przestawały przyjmować zapytania i kierowały je do innych maszyn (które po krótkim czasie też przestawały sobie radzić z rosnącą liczbą zapytań... itd.). "Dosłownie po kilku minutach nasze wszystkie serwery routingowe były przeciążone. Dlatego też ludzie nie mogli korzystać z poczty - bo ich zapytania nie były przekazywane do odpowiednich serwerów pocztowych" - tłumaczy Treynor.
Administratorzy Google ratowali sytuację natychmiast włączając kolejne serwery - początkowo bez efektu, ale po kilkudziesięciu minutach sytuacja zaczęła wracać do normy. Oficjalnie firma twierdzi, że awaria trwała nie dłużej niż 100 minut - jednak z wpisów na forach i w komentarzach wynika, że Gmail był niedostępny przez co najmniej dwie godziny.
Więcej informacji:
Internauci: Nie działa poczta Gmail. Od godz. 21.
Czytaj więcej na
technologie.gazeta.pl